Pressroom

Zapraszamy Państwa do zapoznania się artykułami prasowymi na nasz temat. Mogą Państwo również wysłuchać audycji radiowych i przejrzeć materiały telewizyjne o działalności Domu. W tym celu prosimy o przeniesienie się do działu Multimedia.

  • Dom pod fontanną

    Filantrop Naszych Czasów, 2004

    Od sierpnia 2001 roku działa w Poznaniu Środowiskowy Dom Samopomocy "Pod Fontanną". Jest to pierwsza tego typu placówka w Polsce, oparta na międzynarodowym modelu domów—klubów "Fountain House", przeznaczonych dla osób z problemami zdrowia psychicznego.

    Na świecie istnieje około 320 ośrodków tego typu. Pierwszy powstał w 1948 roku w Nowym Jorku i przyjął nazwę Fountain House od tryskającej w pobliżu fontanny. Założyły go osoby po przebytym leczeniu psychiatrycznym, by wspomagać siebie w codziennym życiu poza szpitalem. Za tym przykładem, i pod tą samą nazwą, zaczęły powstawać podobne domy w całym świecie. Obecnie ich działalność koordynuje Międzynarodowe Centrum Rozwoju Domów-Klubów.

    Założycielem poznańskiego Domu "Pod Fontanną" jest Stowarzyszenie Osób i Rodzin na Rzecz Zdrowia Psychicznego "Zrozumieć i Pomóc", skupiające ludzi, którym na sercu leży dobro osób z zaburzeniami psychicznymi. Dom powstał dzięki pomocy władz Poznania i we współpracy z Duńskim Komitetem Helsińskim Praw Człowieka, szczególnie dzięki wsparciu pani Anse Leroy i pani Margarety Kępińskiej Jakobsen. Pomogli, nie tylko finansowo, liczni darczyńcy.

    Celem Domu "Pod Fontanną" jest podnoszenie jakości życia osób przewlekle chorych psychicznie, głównie na schizofrenię. Dom organizuje tym ludziom, poza medyczną, opiekę środowiskową. Jest dla nich pomostem wiodącym do integracji ze światem zewnętrznym. Motywuje osoby chore do różnych form życiowej aktywności i do pełnienia ról społecznych.

    Prowadzone w Domu zajęcia służą społecznej, psychicznej i fizycznej rehabilitacji. Codzienne wykonywanie domowych prac, organizowanie kontaktów z ludźmi, przyczynia się do większej samodzielności i wykształcenia zdolności do pracy. To ona jest najważniejsza w procesie zdrowienia, daje bowiem możliwość zmierzenia się z własnymi siłami, poznania własnych talentów i zdolności. Warunkuje poczucie własnej wartości. Każdy ma w Domu swoje miejsce i swoje zadania. Przedmiotem wspólnej troski jest zaopatrzenie, przygotowywanie posiłków, czystość, po części także administracja.

    Podopieczni nabywają w domu takich umiejętności, które mogą im pomóc w późniejszym podjęciu pracy. I tak uczą się angielskiego oraz obsługi komputera i Internetu. Wybierają zajęcia w pracowniach: plastycznej, teatralnej muzycznej i miłośników filmu. Na przykład pracownia teatralna sprzyja ułatwianiu komunikacji, wyrażaniu swoich problemów. Podopieczni chodzą wspólnie do kina, teatru, opery zwiedzają muzea i galerie, jeżdżą na wycieczki, także zagraniczne. Wszystko to przyczynia się do poprawy samopoczucia chorych, zmniejszenia pobytów w szpitalu, powrotu do normalnej aktywności życiowej – którą właśnie ilustruje fotoreportaż. Na okładce "Filantropa" prezentujemy także zdjęcia prac plastycznych osób z Domu "Pod Fontanną".

    Jego członkiem może zostać każdy po przebytym leczeniu psychiatrycznym. W tym celu należy zatelefonować lub zgłosić się pod wskazany adres:

    Środowiskowy Dom Samopomocy "Pod Fontanną" w Poznaniu, 
    ul. Rawicka 51, 61-113 Poznań, 
    telefon (0-61) 830-68-88, 
    e-mail: info@fountain-house.pl

    na

  • Środowiskowy Dom Samopomocy FOUNTAIN HOUSE

    WoTeZet, 2004

    ?...To po prostu tak, jak w najprawdziwszej sztafecie. Osoba pełna życia odbiera pałeczkę od osoby opadającej z sił, daje z siebie wszystko by ją po jakimś czasie poddać osobie silniejszej i oczekującej itd. Tę pałeczkę można by przyrównać do życiowego bagażu doświadczeń, który każdy z nas ma. My w Domu naszym bagażem się wymieniamy. A ?parasol" nad nami i nad naszym bagażem życiowym roztacza nasza kochana kadra."

    W zaciszu ulicy Rawickiej w Poznaniu jest pewien niezwykły Dom. Historia zaczyna się jak baśń, bo i jest po części jak z nierealnej rzeczywistości. Miejsce o którym mówię skupia bowiem osoby chorujące psychicznie, najczęściej na schizofrenię. To właśnie z myślą o nich Stowarzyszenie Osób i Rodzin na Rzecz Zdrowia Psychicznego ?Zrozumieć i Pomóc" powołało przed 3 laty do życia Dom-Klub noszący dumnie nazwę ?Fountain House", co znaczy co znaczy Dom Pod Fontanną. To jak do tej pory pierwszy ośrodek dla osób po kryzysie psychicznym w Poznaniu. Dom przeznaczony jest dla 50 osób.

    Co daje Dom "Pod Fontanną"?

    Najlepiej o tym mówi wypowiedź jednej z Klubowiczek uczęszczających do nas od blisko
    2 lat?

    "...odniosłam wrażenie, że uczestniczymy w sztafecie. A wiadomo sztafeta kojarzy się ze zdrowiem. To po prostu tak jakby ktoś nas zaprosił do uczestniczenia w niej(")Czas, więc rozpocząć bieg by dać pałeczkę następnym oczekującym i potrzebującym ludziom. (...)

    Od listopada ubiegłego roku w sobotnie wieczory, spotykamy się na pływalni i pod okiem trenera niektórzy stawiają pierwsze "kroki" w pływaniu. Inni umiejętności swe doskonalą. Nie spoczywamy na laurach, gdy usłyszymy pochwały od naszego instruktora, najlepsi są typowani do doskonalenia pływania w pozostałe dni tygodnia. Następna dyscyplina sportu, którą uprawiamy to chodzenie. Raz w tygodniu w środę wychodzimy z Domu i środkami komunikacji wyjeżdżamy poza Poznań. Gimnastyka to sport, który uprawiamy przy muzyce pod okiem pani Grażynki. (...) Nie sposób nie wspomnieć o tym, że w letnie popołudnia ambitni domownicy Fountain House spotykają się na kortach tenisa ziemnego by tam spróbować swoich możliwości. (...)

    A przecież nie tylko życie sportowe prowadzimy. Z pod pędzli trzymanych w naszych rękach wychodzą przepiękne obrazy malowane pod okiem naszej terapeutki Anetki. Widzą one nie tylko ściany naszego Domu. Wychodzą one również na świat. Cieszyły się dużym uznaniem na wystawie w galerii "Tak" w Urzędzie Miasta Poznania, zdobią ściany restauracyjki "Czerwony Fortepian".

    Fountain House w ubiegłym roku zorganizował dla dwóch grup "domowników" wakacje w Danii. Była to bardzo udana impreza turystyczno-wakacyjna. Oprócz tego, że mnóstwo zwiedziliśmy, poznaliśmy życie ludzi: Domów pod Fontanną, Szkoły Kofoeda i domów dla bezdomnych. (...) Wróciliśmy nie tylko wypoczęci, ale dostaliśmy niesamowitego bakcyla by działać aktywniej w życiu Domu, jak również poza nim.

    Można by nawiązać teraz do tematu sztafety. Czyż nie stwarza to wszystko wrażenia, że uczestniczymy w niej w codziennym życiu, i to nie tylko w Domu, ale poza nim również.

    Bogactwo życia, które toczy się u nas wyraża się, co tygodniowymi spotkaniami z aktorami Teatru Nowego w Poznaniu. To oni inspirują nas do odgrywania krótkich sztuk teatralnych.(...) Spotykamy się również z Asią, która oprowadza nas po świecie muzyki i tańca. Mamy również możliwość nauki języków obcych. Uczymy się ich dzięki przychodzącym do nas wolontariuszom. (...) Otrzymujemy pomoc w dostaniu miejsca na rynku pracy. Bo jeżeli człowiek otrzymuje wsparcie w Domu pod Fontanną to osiągnięcie samodzielności jest już chyba niesamowitym stanem. I cóż można chcieć więcej? Mieć dobre chęci i je realizować.

    To wszystko co opisałam, otrzymałam od Domu Pod Fontanną. Jeszcze kilka lat temu myślałam, że świat nie potrzebuje takich osób jak ja. Po spotkaniu ludzi w Domu okazało się, że nie jestem sama.".

  • Inna Galaktyka

    Gazeta Wyborcza, 2003

    Dom jest piętrowy, świeżo otynkowany na żółto, z niebieskimi i zielonymi żaluzjami w oknach. Wnętrze jasne, zwyczajne; ściany pastelowe, obrazki na papierze i szkle – kolorowe. Namalowali je “klubowicze" chorzy na schizofrenię.

    Dom pod Fontanną przy ul. Rawickiej 51 w Poznaniu jest jednym z 320 na świecie Domów-Klubów Fountain House dla osób chorych psychicznie. Pierwszy powstał w 1948 r. w Nowym Jorku. Założyli go sami chorzy, by pomagać sobie w codziennym życiu. Z powodu tryskającej w pobliżu fontanny nazwali go “Fountain House".

    Zrozumieć i pomóc

    W Poznaniu dom pewnie by nie powstał, gdyby Jadwiga Grześkowiak, pielęgniarka psychiatryczna z 30-letnim stażem, nie była tak uparta. Pod koniec lat 90. z powodu oszczędności w służbie zdrowia zlikwidowano etaty psychiatrycznych pielęgniarek środowiskowych. Siostry sprawdzały, w jakich warunkach żyją pacjenci, czy rodziny się nimi opiekują, czy biorą leki. Przekonywały, by nie przerywali leczenia. Jadwiga Grześkowiak, która była pielęgniarką środowiskową w poradni zdrowia psychicznego przy ul. Opolskiej, straciła pracę. Chorzy też coś stracili.

    Razem z pielęgniarką Longiną Stasiuk wystąpiła do miasta o lokal na klub dla chorych psychicznie. Przekonała do pomysłu urzędników i grupę osób, które powołały Stowarzyszenie Osób i Rodzin na rzecz Zdrowia Psychicznego "Zrozumieć i pomóc". Jesienią 2001 r. stowarzyszenie otworzyło Dom pod Fontanną w przekazanym przez Urząd Miasta budynku po byłej przychodni. Urząd wojewódzki przyznał dotację. Dotacja z urzędu pokrywa tylko 67 proc. budżetu domu. Ciężar zdobycia reszty spoczywa na stowarzyszeniu. – Szukamy sponsorów, prosimy o upusty przy zakupach. Chodzić po prośbie jest łatwiej, kiedy nie szuka się pomocy dla siebie – mówi prezes stowarzyszenia Elżbieta Gryglewicz.

    Dowód na istnienie Boga?

    Życiem długowłosej blondynki Ali rządzi tajemniczy głos w jej głowie. Wymaga, by Ala była mu posłuszna. Kiedy się mu sprzeciwi, wie, że będzie miała kłopoty, nie załatwi sprawy w urzędzie, przypali obiad. Rano Ala staje przed lustrem i sprawdza, czy ubranie dobrze na niej wygląda. Czasem głos mówi: "Źle ci w tym" i Ala natychmiast się przebiera, choć jej samej strój się podoba. Bez jego przyzwolenia nie wyjdzie z domu. Głos ocenia jej postępowanie, surowo upomina: “Powinnaś zachować się inaczej". – Myślę, że to sumienie, dowód na istnienie Boga – mówi Ala, która choruje ósmy rok. Ona i jej siostra odziedziczyły schizofrenię po matce. Ala zachorowała jako ostatnia, już po samobójczej śmierci matki i siostry.

    Kiedyś miała dobrze prosperującą firmę krawiecką i męża. Kiedy zachorowała, firma upadła. Po kilku latach mąż odszedł do innej kobiety, zdrowej. Nie ma do niego żalu: -Przynajmniej ułożył sobie życie.

    Czasem Ala buntuje się przeciwko wszechwładzy głosu: – Mówię sobie, że tak dłużej być nie może. Będę z nim walczyć.

    Jacek (choruje od pięciu lat) dobrze zna tę walkę: – Wielu ludzi walczy o swoją normalność do końca. Ja też nigdy nie poddaję się bez walki – mówi. Dwa lata temu pracował w wypożyczalni kaset wideo. Przez ostatnie kilka tygodni pracy dręczyły go urojenia, ale przychodził codziennie. – Każda czynność wymagała ode mnie wielkiego wysiłku. Musiałem zapisać nazwisko klienta, wybrać kasetę, wpisać jej numery do zeszytu, potem do komputera. Robota szła mi wolno, nie mogłem się skupić – opowiada. – Dopiero kiedy już zupełnie nie dawałem sobie rady, powiedziałem zmiennikowi, że idę do szpitala.

    Nawrót choroby dopada Jacka raz na 18, 20 miesięcy. Jest wdzięczny, że pojawia się tak regularnie: – Dzięki temu mogę się do niej przygotować.

    Cały rok normalnego życia

    Świat Jacka w chorobie przypomina inną galaktykę. Zdarzenia następują według nieznanego mu planu. Autobus czekający na pętli przyjechał specjalnie po niego. Pewnie zawiezie go do szpitala. Jacek zyskuje zdumiewającą wiedzę o ludziach, których wcale nie zna. Ten mężczyzna przy oknie jest kieszonkowcem, drugi w szarym płaszczu, który właśnie przechodzi przez ulicę, pochodzi z innej planety. Wszyscy, których spotyka, poddają go jakiemuś testowi, którego znaczenia nie zna. Obserwują go. Jacek boi się wyjść z domu; na obiedzie u ciotki jest pewien, że rodzina zaraz wezwie karetkę. Po to go zaprosili.

    Ostra faza choroby trwa kilka tygodni i zawsze kończy się w szpitalu. Pierwszy raz szpital przydarzył mu się pięć lat temu. Zostawiła go wtedy dziewczyna. Powiedziała mu o tym przez telefon. Potem napisała w liście, że już go nie kocha. Jacek spalił ten list w szpitalnej palarni. – To nie jej wina. Po prostu nie wytrzymała.

    Choroba nie odcisnęła jeszcze na Jacku swojego piętna. W okresie uspokojenia choroby czuje się szczęśliwy. – Nie mam prawa narzekać. Mam dwóch przyjaciół, rodziców, którzy mnie kochają i cały rok normalnego życia przed sobą. No i jest Dom pod Fontanną – mówi.

    Dorota, emerytowana nauczycielka, zastanawia się czasem, czy choroba powiedziała jej coś ważnego. O depresji niby wie wszystko, w końcu żyje z nią od 1978 r., ale zawsze pozostaje tajemnica. Kiedy przychodzi choroba, chowa się pod kołdrę z cukierkiem w ustach. Nie wstaje, bo każdy wysiłek jest męką. Traci banalne umiejętności. -Mamo, ile jest siedem razy dziewięć? – pyta córka. – Nie wiesz? Przecież wczoraj wiedziałaś. Nagle okazuje się, że nie potrafi pisać. Grywała na pianinie, a teraz nie może trafić w klawisz.

    Z każdego rzutu choroby wychodzi nietknięta: tęga. pogodna kobieta, zawsze zajęta. Dorota: – Byłam smutnym dzieckiem, smutną dziewczyną, zamkniętą w sobie kobietą. Choroba sprawiła, że już nie zagarniam wszystkiego do siebie. Stałam się otwarta na ludzi. Kiedyś nie rozmawiałabym z panią tak chętnie i tak szczerze.

    Dorota jest szczęśliwa, bo czuje, że ludzie ją lubią. – Dopiero teraz ta sympatia sprawia mi radość – mówi. Ale ten sens, który znalazła w chorobie, niełatwo przyjąć. – Gdybym mogła, wybrałabym życie bez choroby – nie waha się.

    Punkt honoru

    Przy ul. Rawickiej dzień zaczyna się o godz. 9.30 od śniadania, które przygotowują klubowicze. Obowiązuje zasada samodzielnej obsługi. Sami robią zakupy, gotują i sprzątają. Kto nie sprząta i nie pracuje w kuchni, idzie na zajęcia. Dwa razy w tygodniu aktorzy Teatru Nowego w Poznaniu Maria Rybarczyk i Waldemar Szczepaniak prowadzą zajęcia teatralne. Dwa razy w tygodniu są lekcje angielskiego. Od kilku dni w piwnicy można poćwiczyć na siłowni. Klubowiczów przychodzi codziennie ponad dwudziestu.

    Dom pod Fontanną zatrudnia tylko trzech etatowych pracowników: szefową Jadwigę Grześkowiak, prowadzącą pracownię komputerową Lilianę Kolendowicz i plastyczkę Anetę Kustal. Rehabilitantka Grażyna Witkowska i Henryk Michalski (pracownik gospodarczy) mają po pół etatu. – Każdy, kto tu przychodzi, musi umieć wykonać wszystkie domowe prace. Oni często słyszą od bliskich, że do niczego się nie nadają, dlatego praca jest dla nich tak ważna. Daje im poczucie własnej wartości – mówi Jadwiga Grześkowiak.

    Dom ma być pomostem prowadzącym do zewnętrznego świata. Mogą zmierzyć się z własnymi siłami, poznać swoje możliwości. W przyszłości powinni znaleźć pracę. Na razie Jadwiga Grześkowiak wystarała się o pracę dla trzech osób, Karol i Kasia pracują jako ankieterzy handlowi. Kasia kontroluje 60 sklepów w miesiącu. Sprawdza, czy na półkach leżą chałwy i sezamki. – Odkąd pracuję, czuję się chciana. Przedtem miałam wrażenie, że ludzie mnie unikają – mówi. Za pierwszą pensję kupiła dla domu bukiet róż.

    Dom nie zatrudnia lekarza ani psychologa, nawet na godziny. – To miejsce nie powinno kojarzyć się z chorobą – mówi Jadwiga Grześkowiak. Postawiła sobie za punkt honoru, że pod dom nigdy nie podjedzie karetka. Kiedyś o mało co się nie złamała. – Antek poczuł się tak źle, że nosiło go po całym domu – opowiada. W końcu dali sobie z nim radę. Antek (czarne, gorące oczy, zmierzwione włosy, za duży garnitur, wiek nie do odgadnięcia) siedzi przy stole w jadalni i sępi papierosy. – Pani Jadziu, on znowu prosi o papierosy – skarży na Antka inny klubowicz Wojtek. – Antku, umówiliśmy się, że każdy pali swoje. Wszyscy macie te same renty – strofuje go szefowa.

    Antek kuli się, ale nie wstaje od stołu. Jadwiga Grześkowiak pamięta go jeszcze jako studenta politechniki: – To był piękny chłopak.

    Kilka lat temu dzieci Antka wystawiły go za drzwi. Teraz mieszka u brata. Kierowniczka domu nie rozgrzesza rodzin, które przestały opiekować się swoimi chorymi ale je rozumie: – Bardzo trudno ich zrozumieć. I bardzo trudno z nimi żyć.

    Niemal żadne małżeństwo nie przetrwało. Ani Antka, ani długowłosej blondynki Ali, ani pielęgniarki Marzeny, która mieszka teraz z matką i córką. Dorota, emerytowana nauczycielka, mówi o swoim mężu, że był święty. Ale i ona nie wie, jak długo by wytrwał. Zmarł w piątym roku jej choroby.

    Nie mów nikomu

    Nikt z klubowiczów nie mówi obcym o swojej chorobie. Nie mówią o niej w pracy ani znajomym. Żaden nie wystąpiłby w telewizji. – Choroba psychiczna to nadal tabu. Nie zwierzają się obcym, bo nie chcą być naznaczeni – mówi Jadwiga Grześkowiak.

    W Domu pod Fontanną przed nikim nie trzeba się tłumaczyć. – Tu nie ma osoby, której bym nie lubił – stwierdza Jacek, który kiedyś pracował w wypożyczalni kaset. Ala zaprosiła do swojego mieszkania na sylwestra znajomych z domu. – Było super. Chłopcy z klubu zostali dłużej i pozmywali naczynia -opowiada. Ali podoba się, że w klubie jeden na drugiego może liczyć. – Jak ktoś nie ma pieniędzy, zawsze znajdzie się ktoś inny, kto pożyczy. I zawsze jest coś ciekawego do zrobienia. Na wystawę o wielorybach sama bym nie poszła, a z kolegami z klubu owszem.

    Mariusz (36 lat, choruje od dzieciństwa) przychodzi do domu codziennie. Zawsze był popychadłem. Koledzy w szkole mieli z niego dużo uciechy. W zakładzie tapicerskim, gdzie pracował, robotnicy strzelali do niego zszywkami z pistoletów. – Byłem ciapa, a tu jestem bystry chłopak. Czuję się jak w raju.

    Bywa, że matka Mariusza załamuje nad nim ręce: – Co z tobą będzie, kiedy mnie zabraknie? – pyta. Dobrze nie jest, bo Mariusz stracił pracę i nie utrzyma się bez pomocy rodziców (ma tylko niewielką rentę). Ale odkąd chodzi do klubu, przestał się tym martwić.

    Ala: – Jak ktoś nie przyjdzie, to zaraz do niego dzwonimy. Pytamy, co się stało – mówi. Marzena, pielęgniarka, pokazuje bransoletkę ze skóry i błyszczących guzików, którą zrobiła w pracowni plastycznej: – W domu trudno wyrwać się z apatii, bo leki usypiają. A tu zawsze mam jakiś pomysł – zapewnia. Marzena uwielbia zajęcia plastyczne. Jej obrazki na szkle krzyczą kolorami. Od kilku dni razem z pracami innych klubowiczów wiszą w restauracji Czerwony Fortepian przy ul. Mokrej. Współwłaściciel lokalu Wojciech Konieczny sam zaproponował zorganizowanie wystawy. Na każdym stoliku położył ulotkę o Domu pod Fontanną.

    Czegoś się jednak nauczyłam

    Dziś w domu jest zabawa. Klubowicze sami upiekli placek drożdżowy, ugotowali bigos, zrobili sałatkę jarzynową. Mariusz pokroił drobno pietruszkę i seler. Ala kupiła fanty na konkurs z nagrodami, a teraz zaparza kawę. Marek i Marzena ścigają się, kto pierwszy zje jabłko, nie przytrzymując go rękami. Sala klaszcze, ale jabłka umykają przed zębami. Trzeba zdjąć je ze sznurków.

    Wracam z Marzeną autobusem: – Czegoś się jednak nauczyłam. Na wigilię w moim domu zrobiłam rybę w sosie i upiekłam ciasto. Żeby rodzina mnie przyjęła, kiedy z nimi usiądę.

    Imiona chorych zostały zmienione

    Małgorzata Wyszyńska

    Schizofrenia

    Schizofrenia (z greckiego "schi-zo" – rozszczepiam, rozdzieram i "fren" – serce, umysł, wola) jest chorobą psychiczną objawiającą się dezintegracją osobowości. Chory staje się apatyczny, cierpi na otępienie uczuciowe, zamyka się w sobie, traci zainteresowania. Jego procesy myślenia ulegają zaburzeniu. Schizofrenii mogą towarzyszyć omamy i urojenia.

    Dom pod Fontanną

    Środowiskowy Dom Samopomocy Fountain House przy ul. Rawickiej 51 prowadzi Stowarzyszenie Osób i Rodzin na rzecz Zdrowia Psychicznego "Zrozumieć i pomóc". Dom działa od poniedziałku do piątku w godz. 9-16. Raz w tygodniu psycholog radzi rodzinom klubowiczów jak żyć z osobą chorą psychicznie. Ci, którzy chcą pomóc chorym, mogą wpłacać pieniądze na konto: IV oddział PKO BP Poznań 10204030-686914-270-1.

  • Lecz swoją duszę

    Gazeta Wyborcza, 2002

    Z inicjatywy Urzędu Miasta i Stowarzyszenia Osob i Rodzin na Rzecz Zdrowia Psychicznego "Zrozumieć i Pomóc" w Poznaniu powstał pierwszy osrodek samopomocy psychicznej typu Fountain House.

    Naukowcy i lekarze zgodnie twierdzą, że XXI wiek zapisze się w historii jako wiek chorób psychicznych. Coraz więcej osób cierpi na zaburzenia psychiczne (zwlaszcza w większych miastach). Wraz z nasileniem się chorób tego typu zmieniło się podejście do psychiatrii. Zaczęo doceniać mniejsze osrodki zajmujące się chorymi nie tylko w czasie terapii, ale również po leczeniu. Przedstawiciele poznańskiego Urzędu Miasta podczas odwiedzin w Danii zainteresowali się specjalnymi domami Fountain House dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Ideę tych małych ośrodków postanowiono przeszczepić na poznański grunt. Niedawno powstał pierwszy dom dziennego pobytu typu Fountain House przy ul. Rawickiej. Prowadzeniem ośrodka zajmuje się Stowarzyszenie Osob i Rodzin na Rzecz Zdrowia Psychicznego "Zrozumieć i pomóc". Budynek oraz pomoc prawną i administracyjną organi-zacja otrzymala od miasta. Pieniądze na dzialalność stowarzyszenia – 50 tys. koron duńskich (ok. 250 tys. zl) – przekazał rząd duński za pośrednictwem Duńskiego Komitetu Helsińskiego.

    Na zajęcia przy ul. Rawickiej przychodzą osoby z zaburzeniami psychicznymi (głównie schizofrenicy) bez ostrych objawów, którzy pozostają cały czas pod opieką poradni zdrowia psychicznego.

    - Rehabilitujemy poprzez pracę – mówi Longina Stasiak, wiceprezes stowarzyszenia. – Nasi podopieczni sprzatajają, gotują, wykonują prace biurowe – wymienia. Głównym celem organizacji jest jednak przywróenie chorych spoleczeńtwu. ? Chcielibyśmy, aby nasi podopieczni znaleźli pracę – mówi Stasiak.

    - Jest to bardzo trudne przy dzisiejszej sytuacji na rynku pracy. Pani wiceprezes ma jednak pomysł, jak można zachęcić pracodawców do zatrudnienia osób korzystających z ośrodka -Myślimy o pracach przejściowych, np. myciu naczyń – tłumaczy. – Pracodawca zawsze może mieć pewność, że powierzone tym osobom zadania zostaną wykonane bez zbędnych zwolnień lekarskich i klopotów personalnych – opowiada.

    Wychowankowie ośrodka bedą mogli rownież się dokształcać. W poznańskim domu Fountain House wkrótce rozpoczną się kursy języków obcych, obsługi komputera oraz będzie się można spotkać z teatrologiem.

    Małgorzata Lampa

    Pierwsze domy Fountain House powstały w Stanach Zjednoczonych z inicjatywy samych chorych. Później takie domy zbudowano w Europie Zachodniej. Powoli rownież w krajach Europy Środkowej pojawiają się tego typu placówki. Poznański osrodek jest jednym z pierwszych w Polsce.